niedziela, 17 września 2017

Spanie

Spanie a raczej jego jakość zawsze w jakiejś formie powraca w rozmowach, czy między członkami rodziny, czy przy rozmowach ze znajomymi. O jakości spania się mówi, w sumie nie ma się co dziwić bo na spaniu spędzamy 1/3 życia - no niektórzy mniej. Te poważniejsze zmiany co do jakości mojego łóżka zaistniały już dość dawno, czyli materac ortopedyczno- rehabilitacyjny do tego specjalna poduszka i właściwie to co najważniejsze mam. Z racji tego, że mam letnią garderobę praktycznie całą we lnie a na wielu metkach jest znaczek zakazu prania (czyszczenia chemicznego nie znoszę) szukałam jakiejś informacji jak ten len prać nie robiąc ubraniom krzywdy. 


Wtedy pierwszy raz trafiłam na blogi osób wypisujących peany na temat tego jaki ten len cudowny na wszystko, że skóra inaczej się czuje, że chłodzi gdy ciepło a grzeje gdy zimno, jaki jest idealny dla alergików i tych z atopią skóry i wreszcie, ze ma "aurę" - to były moje pierwsze spotkania z ideą lnianej pościeli. Tak się "obczytałam", że właściwie tylko zaporowa cena tej pościeli mnie skutecznie powstrzymywała przed kupnem i sprawdzeniem tego cudu. No i się zdarzyło coś nieoczekiwanego znajoma mamy robiąc porządki w szafach pozbyła się całkiem sporego zapasu płótna lnianego, a że moja mama nie miała zamiaru wykorzystywać go do haftu to cały stosik wszedł w moje posiadanie.


Sporo czasu upłynęło zanim się uporałam z szyciem a właściwie zanim się za nie wzięłam bo samego szycia było może z tydzień, dłużej trwało rozrysowanie i zaplanowanie jak uszyć poszewki z materiału o szerokości 135 cm na kołdry  o szerokości 160 cm. A materiał był w 4 nierównych kawałkach.
Oczywiście oprócz tego cały ten materiał musiałam zdekatyzować bo wiadomo to len, no i by było prosto a przynajmniej by tak wyglądało, posługiwałam się wyciąganiem nitek, len jest materiałem "lejącym się" więc tradycyjne mierzenie odpada.


Prasowałam stale, mierzyłam, wyciągałam nitki a i tak niektóre fragmenty nie do końca są jak od linijki bo tkanina żyła własnym życiem nawet przypięta szpilkami (fastryga byłaby lepsza ale nie za bardzo mi się chciało). 


Moje poszewki ozdobiłam bawełniana koronką, PM ma wstawkę ecru zrobioną z lamówki, która mi została po jakimś szyciu, pościel pierwotnie mała mieć troczki do wiązania ale odpuściłam i mam guziki metalowe obciągane materiałem takie typowo pościelowe. 


Poszwy na kołdry uszyłam w miarę sprawnie pomimo łączenia we wszystkich możliwych kierunkach za to na poduszki musiałam materiał kupić i za pierwszym razem kupiłam źle. Drugi kawałek materiału okazał się lepszy chociaż wyraźnie jaśniejszy od gotowych już poszewek na kołdry. Mnie to nie przeszkadza a przypuszczam, że z biegiem czasu i prania kolorystyka i tak się zrówna. 



Pierwsze słowa PM : "jak to będziemy w takich workach po kartoflach spać ?"  - no będziemy a przynajmniej spróbujemy :) O dziwo przy starych meblach ta pościel wygląda całkiem ładnie, kolorystyką i "klimatem" wpasowuje się w naszą sypialnię. Może jeszcze kiedyś uszyję sobie prześcieradła lniane ale najpierw musimy przetestować o co tyle zamieszania. 



A śpi się właściwie normalnie, pościel jest ciężka, lekko drapiąca (ten mój len jest z tych najzwyklejszych) ale się tego nie czuje, wyraźnie inna od bawełny, trochę mi przypomina adamaszek swym chłodem, kiedyś  to był mój ulubiony materiał pościelowy. Na razie śpimy, nie mam jakiś konkretnych wniosków, za i przeciw jest w porządku ale nie popadam.



Na pewno nie jest to pościel dla tych co lubią mieć wszystko idealnie uprasowane, len prasuje się źle, szybko się gniecie ale pomimo mojej miłości do idealnych uprasowań zupełnie mi to nie przeszkadza. W mojej świadomości len ma prawo się gnieść, źle prasować gdyby tego nie robił byłby podejrzany o jakiś dodatek, kiedy jest to jedwab czy wiskoza to jest ok gorzej jak dodadzą czegoś sztucznego. 


Może za jakiś czas napiszę jeszcze kilka słów o tej pościeli bo widzę, że jest coraz więcej miejsc gdzie taką można kupić więc coś w niej musi być. A ja z prawdziwą przyjemnością powróciłam do przędzenia nitki pod kabelki.  A patrząc na to co za oknami jakoś tak ostatnio farbowanie chodzi mi po głowie może już najwyższy czas zająć się wełną :)



Pozdrawiam niedzielnie :)

niedziela, 3 września 2017

Całkiem jesiennie


Chciałabym pisać bloga, prząść, robić na drutach ale nic z tego, powróciło wariactwo.  Po krótkim wakacyjnym przestoju obowiązki zawodowe zwaliły mi się na głowę a czasu wolnego znowu ubyło. Wprawdzie udało mi się skończyć Brich Bay ale reszta będzie powstawać w ślimaczym tempie - no ale dzisiaj o swetrze. 
  


Jest zupełnie niepraktyczny (konstrukcja nie pozwala założyć go pod płaszcz no chyba, że mamy jakiś o kimonowym fasonie, ja takiego nie mam. Jest ciężki i wyjątkowo ciepły, ma wielgachny golf, który nie zawsze mi pasuje - szczególnie jak mam ubraną koszulę z kołnierzykiem. Jest bezkształtny nie ma tu ani wcięcia w tali, ani kształtowania dzianiny w okolicach biustu nie ma też kształtnych ramionek.


I ktoś mógłby zadać sobie pytanie to po co robiłam sweter, który ma tyle na "nie" - bo po prostu jest świetny :) Zupełnie nie rozumiem ale bywają  takie projekty, które aż proszą się o to by je mieć - prawdopodobnie każda dziewiarka ma takie swoje "must have" Mnie najczęściej dopadają rzeczy w stylu Fair Isle ale tym razem całkowita prostota mną owładnęła i cieszę się, że mi się chciało na ten sweter uprząść wełnę bo taka wełna to gwarancja, że sweter będzie ze mną bardzo długo.



Włóczka to moja 4- nitka powstała z runa bfl wymieszanego na moje życzenie 80 % Bfl w bieli i 20 %  Bfl Oatmeal , mieszanka trafiła do sklepiku i miała tam czekać na jakąś amatorkę naturalnych melanży no i się doczekała na mnie :)  Chyba nie mogę kupować tej mieszanki bo zawsze skończy jako mój sweter lub inna część garderoby. Wszystko mi się w tym runie podoba kolor, włos, miły ale nie przesłodzony, blask, to jak się przędzie no i dzianiny wyglądają z takiej włóczki bardzo dobrze. 


solidny kawał dzianiny

Sweter jest robiony w kawałkach więc boki musiałam zszyć i pierwszy raz od bardzo dawna zszyłam na okrętkę bo tak wydawało mi się najtrafniej przy całej kompozycji  - szef jest widoczny ale pasuje do całości. 



Na sweter poszło około 650 g włóczki, oczywiście pomimo kupna wzoru i tak wszystko przeliczyłam, bo gdybym robiła wg wzoru to miałabym solidnych rozmiarów ponczo. 


Ja zrobiłabym sobie więcej zdjęć ale jak zwykle wszystko w biegu. Przynajmniej widać, że sweter jest dla mnie, pasuje i mam zamiar używać. Przy okazji postanowiłam uwiecznić osobnika przeszkadzającego w robieniu zdjęć ale jak widać sam się nie kwapi pozować - trzeba przymusić :)



 Pisałam przy swetrze dla PM o wszywaniu taśmy rypsowej lub innej pod listwę guzików, odczuwałam ogromny brak ładnych taśm w stacjonarnych pasmanteriach za to w internecie czego dusza zapragnie. Właściwie nastawiłam się na bawełniane ale kilka sztucznych rypsów tak mnie urzekło, że musiałam mieć a nuż znajdzie się jakiś miłośniki Super Bohaterów albo lisków czy ptaszyn.


Na pewno przyszyje sobie  w moim szaro - malinowym swetrze zamiast szarej zwykłej tasiemki taką piękną w róże do razu sweter zyska piękniejsze wnętrze.


Taśmy tak mi się spodobały, że zakupiłam spory zapasik i teraz nic tylko czynić swetry z guzikami, chociaż zastanawiam się czy w nowym nie wszyć tasiemki w miejscu pęknięć po bokach.


I to byłoby wszystko, nie wiem czy posty będę pisać tak jak do tej pory raz na tydzień może się okazać, że z powodu solidnej dawki pracy "nieblogowej"  będą się ukazywać co dwa tygodnie nad czym ubolewam bo wolałabym jednak czas poświęcać na to co bardzo lubię :)

Pozdrawiam Was niedzielnie z nadzieją na trochę cieplejszą jesień niż to co za oknami.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Same wpadki

 Albo czegoś mam za dużo albo za mało ale ostatnio prześladują mnie jakieś dziwne wpadki, które normalnie nie powinny zaistnieć. Uprzędłam sobie wełnę na sweter Birch Bay, około 500 g i nie wiem co sobie myślałam przy wielkim oversize'owym swetrze ale taka ilość zakrawa nie na optymizm a wręcz na cud, że starczy. Gdzieś tak na wysokości 3/4 pleców stało się jasne, że pozostały jeden motek nie wystarczy na rękawy i wielki golf - nic innego nie pozostało tylko doprząść wełny, na razie doprzędłam jeden motek ale sprawa zostaje otwarta bo golf jest dość spory.
Wszystko się wyjaśni w tym tygodniu bo prawdopodobnie tyle czasu potrzebuję by sweter skończyć.


W zeszłym tygodniu post się nie ukazał bo nie miałam zamiaru dręczyć Was widokiem zwykłych skarpet. Kuzyn mojego ojca zarzucił mi, że jestem przyczyną jego nowego uzależnienia (trochę się wystraszyłam bo jestem świeżo po obejrzeniu "Breaking Bed" :) - okazało się, że uzależniam ludzi od wełnianych skarpet !  Kuzyn ojca mieszka w Berlinie tak jak moja siostra i przy okazji jej wizyty prosił o dostarczenie chociaż pary skarpet, więc je czyniłam - zupełnie proste, podgryzające, takie zupełnie nie do podziwiania na blogu.
Za to skarpety, które zrobiłam dla siostry okazały się być za małe, to że były dla mnie za małe miało zagwarantować im miejsce na nogach siostry niestety były zbyt małe dostała je jej córka - też miłośniczka wełnianych skarpet :)


Już je kilkakrotnie pokazywałam w trakcie dziergania, to moje pierwsze robione od palców i tylko dla tego wzoru je robiłam, raczej więcej nie będę zaczynać tak skarpet. 



A że siostra skarpet nie dostała to obiecałam zrobić następne, od dawna miałam zamiar spróbować wzór, który na zdjęciach bardzo mi się podobał "Broken Seed" no i tu następna wpadka, może na zdjęciach wygląda dobrze ale w realu jakoś mi się nie widzą - na razie utknęłam, pruć raczej nie będę zobaczę co pokaże pranie, może jakoś da się uformować ten "bezkształt". No i przy tych skarpetach pierwszy raz zrezygnowałam z przerabiania na drutach pończoszniczych no normalnie mi nie szło, musiałam zmienić na druty z żyłką - coś jest ze mną nie tak:(



Przy lnianej pościeli też wpadka, uszyłam drugą poszewkę na kołdrę bez koronki bo dla PM ale jak już wszystko policzyłam pokroiłam to okazało się, że to co zostanie nijak nie starczy na poduszki trzeba zakupić kawałek materiału. No to poszłam to sklepu z tkaninami wymyślałam, przeglądałam, dopasowywałam  no i kupiłam za namową Pani super len ubraniowy wstępnie dekatyzowany kolorystycznie prawie identyczny ale po dokładnym zdekatyzowaniu mi się nie podoba. Nie wiem o co chodzi ale jest jakiś dziwny, owszem na poduszki ozdobne na kanapę całkiem niezły ale na pościel zupełnie mi nie pasuje. Nic innego mi nie pozostanie tylko pójść po nowy kawałek lnu. 

na zdjęciu poszewki na kołdry w wersji dla PM i moja

Za to prawie bez większych wpadek udało mi się uprząść następną porcję "kabelka" miał być jeden motek ale przez nieuwagę przerwałam nitki, mam  przyjemne trzy motki bardzo puszystej 4- nitki. 


Niestety przez wpadkę przy swetrze na razie muszę zrezygnować z dalszego przędzenia "kabli" bo mam tylko 5 szpul a przy 4 nitkach wykorzystywane są wszystkie więc muszę się spieszyć z dzierganiem by stwierdzić czy potrzebuję jeszcze motka na sweter czy dalej mogę "kablować". 



Pozdrawiam Was niedzielnie pełna nadziei na powrót rozsądnych decyzji :)

niedziela, 6 sierpnia 2017

Coś dla PM

 Było długo i nudno ale mimo wszystko całkiem przyjemnie i bezstresowo, wzór już opatentowany, bo na podstawie tego swetra, z przerwami podczas ciepła ale skończyłam - oto sweter dla PM. Tym razem w pięknej szarości z akcentami grafitu, włóczka to alpaka z Dropsa, po dość długim myśleniu o zmianie włóczki jednak ze względów oczywistych pozostałam przy alpace. Alpaka jako włókno jest o wiele bardziej odporna na mechaniczne uszkodzenia a z racji długotrwałej znajomości z PM śmiem twierdzić, że jeno żelazne odzienie przetrwa na wspomnianym grzbiecie.


PM stanowczo odmówił przymiarki oraz prezentacji swetra na swojej osobie, ponoć jest za ciepło :)
a skoro zaistniał brak współpracy ze strony PM to sweter prezentuje obojętny na upały manekin.
Postura PM zupełnie nieprzypomina smukłości kształtów styropianu ale sweter jest zupełnie prosty więc i nie ma co wielce pokazywać.


Zadowolona jestem z listwy guzików całkiem ładnie układających się ramion, kształtowanych za pomocą rzędów skróconych do tego pas drobnego wzoru zaburzający ogrom prawych oczek ale tak nienachalnie, prawie niewidocznie. Ogólnie takie całkowite "nic specjalnego"  ale jednak coś tam w sobie ma. 


PM nie cierpi wszelkich ściągaczy dlatego rękawy, dół swetra oraz półgolf są wykończone listwą prawych oczek złamanych rzędem lewych, oczka od wewnątrz są w ciemniejszym kolorze. Pomimo podwójnej dzianiny brzegi nie są grube, zastosowałam mniejszą liczbę oczek i mniejszy rozmiar drutów, oczka ciemne i jasne przerobiłam razem, dalej robiąc pojedynczo co dało wyjątkowo plastyczne połączenie. Reszta przerabiana na drutach 2,75 dzianina nie jest zbyt zbita ani zbyt prześwitująca.


O czasu jak zobaczyłam u Kate Davies podszytą listwę na guziki, stosuję ten trik zawsze, może strona wewnętrzna przez to trochę traci na elegancji ale od strony praktycznej jest to bardzo dobry patent. Miejsce przyszytych guzików nic się nie wyciąga, guziki nie wiszą no i ładniej wygląda sama dzianina przeznaczona pod listwę.


Guziki kupiłam u IK, są zrobione z kokosa i muszę przyznać wyjątkowo mi pasują do tego swetra, na jasnej włóczce wyglądałyby ładnie ale dwa rzędy ciemnej szarości podkreślają ich kolor. I to byłoby na tyle, no może jeszcze wspomnę, że zostało mi 5 szarych motków i jeden grafitowy, z tym co zostało mi z poprzedniego swetra i z tym co mam zachomikowane to mam alpaki na co najmniej  3 swetry dla siebie - tylko ja jestem wełniana :)



A skoro o guzikach to muszę się pochwalić, że powolutku ale systematycznie pracuję nad pościelą z lnu, a z moją siostrą z Berlina przybył ostatni element potrzebny do wykończenia poszewek - guziki pościelowe. U nas znalazłam je w jednej internetowej pasmanterii - guziki drogie ale koszty przesyłki pobiły wszystko - taniej było kupić w Niemczech.
Guziki są śnieżno białe ale prawdopodobnie po kilku praniach nabiorą odpowiedniego koloru z lnu i nie będą tak bieliły się ale o pościeli napiszę więcej jak skończę.



Pozdrawiam Was niedzielnie :)

niedziela, 30 lipca 2017

Półprodukty

Półprodukty to coś, czego robienie ostatnio wychodzi mi najlepiej i to już nawet nie chodzi o okres wakacyjny ale mam jakiś przestój i finalne produkty jakoś nijak nie wychodzą spod moich rąk. Za to gromadzenie i robienie nowych nitek ma się u mnie całkiem dobrze. Precelki, motki i wszelkie inne dobro wełniane znajduje się u mnie w dwóch pudłach kartonowych w szafie, dwa następne pudła są  w "wełnianym pokoju" (ten gdzie jest czesanka ze sklepiku). Z boku wspomnianej szafy dwa kosze z trawy morskiej przebierają wełnianymi motkami, teraz motki zagościły już na stole w dekoracyjnej misie.

Nie przetwarzam tego dobra tylko robię i gromadzę, niektóre motki mają konkretne przeznaczenie ale ja w dalszym ciągu tylko to dobro w postaci nitek produkuję i pomnażam. Ostatnio pisałam, że postanowiłam zmieniać moją autorską mieszankę (Polwarth, szary merynos, jedwab i kaszmir) w nitki ale nie takie jak zawsze tylko trochę inaczej wyglądającą 4-nitkę - tzn. : kabelek - następna nitka do kompletu.


Trochę się martwiłam czy przy pierwszym skręcaniu 2- nitek, nie mam za mało skrętu ale jak widać kabelek wyszedł więc skręt był w porządku, no ale też podczas podwajania sprawdzałam czy ten kabelek się pojawi - czyli sama się trochę niepotrzebnie nakręciłam.


 Nitka pomimo 4 singli nie do końca równa a to za sprawą dość cienkiego przędzenia (myślałam, że będzie jednak cieniej a jest tylko - w75g - 340m), są miejsca gdzie trafia jedwab na jedwab i tam jest wyraźnie cieniej za to w miejscach wełnianych nitka jest bardzo puchata. 


Jeszcze nie wiem co z niej powstanie ale bardzo mi się podoba bo pomimo swych drobnych parametrów jest nitką, która może zaistnieć na całkiem sporych drutach - ja myślę, że druty od 2,75 do 3, 25 będą dobre. 
Oczywiście następnymi półproduktami czynionymi z lubością są batty, już nawet nie kręcę nosem, że nie są dla mnie tylko do sklepiku po prostu bawię się kolorami i materiałami a pocieszam się tym, że jak kupi jakaś znajoma prządka to i tak zobaczę co powstało :) 

morska zieleń z różowo fioletowym a do tego jedwab


Kolory na bazie merynosa ale przemieszane bielą South American i oczywiście jedwab bo bez niego jakoś tak biednie a ma być na bogato. Obiecałam znajomej, że namieszam jej podobne batty do wcześniej kupionych ale nie ma szans. Tamto mieszanie było z użyciem przeze mnie farbowanej czesanki czyli nie do powtórzenia do tego jeszcze wszystkie kolory jakie mam też nie pasują - na próbach  powtórki  najczęściej się polegnie. 


pudrowy róż, fiolety po złamane błękity z dużym jedwabiem

Ostatnie mieszanie wstawię do sklepiku ale jak się nie sprzeda to będzie chyba dla mnie bo to brązowe alpaki, brązowe Corriedale, Shetland Moorit, merynos w oliwkowym kolorze no i trochę błysku angeliny - dla mnie niekoniecznie musi być ta angelina ale jak już jest to nie będę rwać włosów. Kolorystyka jak najbardziej moja - takie leśne runo jest w moim guście. 



W prawdziwie letni niedzielny poranek pozdrawiam Was.

niedziela, 23 lipca 2017

Brak pomysłów

Sweter PM praktycznie na ukończeniu, mój oversize - przód podciągnięty pod pachy ale z powodu letniej pogody a wręcz gorąca obie dzianiny omijam. W tej chwili relaksuję się przędąc troszeczkę, zupełnie bez planu, bez przeznaczenia. Zamieniam w nitkę czesankę wymieszaną na moje życzenie:
Polwarth, szary merynos, jedwab i kaszmir. Nitka będzie 4- nitką ale o wykończeniu "kabla", w książce prezentowane kawałki dzianiny z tak wykończonej nitki wyglądają całkiem kusząco więc może gotowe nitki podpowiedzą co mogę z nich zrobić.



Takie składanie nitki wymaga trochę wyczucia, szczególnie przy podwajaniu, nie wiem czy nie mam za mało skrętu w 2-nitce, mam nadzieję, że nitka będzie dobrze wyglądać. O takiej nitce pisałam tutaj , później jeszcze raz tak wykończyłam nitkę i od tego czasu zarzuciłam bo to jednak pracochłonna technika. W tej chwili lekkie zmęczenie materiału mnie dopadło więc zajęcie się czymś nowym może jakoś pozwoli spojrzeć na wszystko inaczej.

Udało mi się skończyć drugi jagodowy motek ale oba będą leżakowały bo na razie nie mam pomysłu na wzór. Coraz więcej motków zaczyna u mnie leżakować tak jakby musiały dojrzeć do jakiegoś pomysłu.


 Za to zupełnie nie trzeba mnie zachęcać do tworzenia nowych battów, te powstają same pomimo upałów, może nie w takich ilościach jak bym chciała ale staram się by były przynajmniej dwa z jednego koloru (jak się domyślacie drugi jest już nudny bo wiadomo co wyjdzie :)


 Kolorowe czesanki jakie mam to głównie merynos 23 mic ale chętnie dodaję również naturalnie kolorowych run i w tym przypadku jest to brązowy merynos, za to beż i jasny brąz to runo Kent Romney, które ufarbowałam jakiś czas temu.


 W drugim przypadku to praktycznie same merynosy (brąz też naturalny) ale jest dodatek bfl w kolorze jasno fioletowym no i całkiem sporo jedwabiu od naturalnej bieli po pomarańcz.



Jedwab idealnie dodaje blasku a kolory są żywe, kontrastujące takie lekko zwariowane. Patrząc na te kolory odpoczywam i poszukuję straconej weny oby to długo nie trwało bo nic tak nie męczy jak brak iskry poczynań.


Tradycyjnie w lipcu prządki pedałują w rytmie "Tour de Fleece", zostałam poproszona o wymyślenie jakiejś nagrody dla prządki, która będzie liderką w tej rywalizacji. Moja wstępna propozycja wygląda tak - jest coś wełnianego w różnej postaci i o różnym stopniu "podgryzania", jest coś wełnianego w kolorze, są mieszanki, jest blask jedwabiu i super miękkość lamy i puch wielbłąda, jest coś roślinnego a na dodatek będzie coś wymieszanego przeze mnie. Pewnie ostateczna wersja będzie jeszcze z jakimś dodatkiem ale to jest filar tej nagrody i mam nadzieję, że sprawi wiele radości podczas przędzenia. 



Pozdrawiam Was niedzielnie.

niedziela, 16 lipca 2017

Jagodowo

"Very berry" tak nazywała się paczka czesanki w jagodowych kolorach, każdego jagodowego koloru po 25 g. Dla zabawy, dla sprawdzenia przenikalności koloru podczas jednorazowego czesania, w ogóle celem eksperymentu zrobiłam coś takiego. Oba zawijasy po 25 g czyli naprawdę niewiele ale w sam raz na jakiś dodatek do rękawiczek lub skarpet. 


Przejście od malinowego po głęboki granat, starałam się uprząść bardzo cieniutko ale to merynos 23 mic i pomimo przełożenia 1: 25 nitka w rozmiarze około 450 m / 100 g. Na super drobne rękawiczki trochę za gruba ale na takie średnie, do 90 oczek w obwodzie w sam raz, tylko wzór muszę wymyślić. Podczas przędzenia w singlu przenikanie kolorów nie podobało mi się, navajo pozwoliło spojrzeć na nitkę trochę przychylniejszym okiem ale całą prawdę o niej ukarze dzianina.




Kolory dość intensywne w połączeniu z bielą powinny łagodnie przechodzić jeden w drugi ale na razie muszę uprząść drugą porcję no i czeka mnie jeszcze inny eksperyment. 



Nie mogłam zdecydować, które z tych zdjęć bardziej mi odpowiada więc są oba :)


W ostatnim poście pisałam o rami, która jako włókno samodzielne zupełnie nie przypadła mi do gustu, więc wymieszałam ją z wełną. Po uprzędzeniu i potrojeniu (tradycyjna 3- nitka) motek mnie nie przekonywał dalej, był sztywny jakiś taki zgrzebny w dotyku. Dopiero pranie pokazało, że to bardzo miła wełenka, szorstkość gdzieś zniknęła, drobne zgrubienia rami się pogubiły i mam całkiem ładny motek przeznaczony do testu wytrzymałości w skarpetach.

Ze względów praktycznych przestaję robić zupełnie białe skarpety dlatego w tych jako dodatek posłuży nitka z czesanki malabrigo (już nie pamiętam kiedy byłam tak niezadowolona z efektu i komfortu przędzenia - chyba przy przędzeniu pierwszej części tej czesanki). Gdyby nie gręplarka nie przędła bym tego malabrigo, może farbują ładnie, może można się zakochać w ich kolorach ale mnie nie odpowiada zbita wręcz podfilcowana czesanka a kolory to też kwestia gustu. Zmarnować nie zmarnuję bo swoje kosztowała ale to koniec mojej przygody z ich czesankami. 


Nudne prawe oczka w swetrze PM dają mi tak popalić, że wrzuciłam na druty moje ulubione Bfl w kolorze rozbielonej owsianki i zaczynam wielki sweter - nic tak nie cieszy jak własna przędza na drutach w projekcie swetra, który bardzo mi się podoba. To na razie początek ale dzierga się przyjemnie a, że druty grubasy to przybywa bardzo szybko.


Z czystego lenistwa ale też z braku czasu mam w ogrodzie bardzo mało kwiatów, a te co  mam jak np.: piwonie, to kwiaty mało wymagające a wręcz wymagające minimum interwencji, za to zupełnie nie mogłam się oprzeć tym cudownie wyglądającym tawułką. Dostałam trzy rośliny, każda w innym kolorze, posadziłam na lekko ocienionym miejscu, wymagają  wilgotnego podłoża co przy deszczowej pogodzie nie jest trudne - obym tylko pamiętała w suche dni. Całkiem miły widok w ogrodzie pełnym funki, paproci i ziół.





Pozdrawiam Was wyglądając cieplejszych dni - ponoć jest lato :)